Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

od strony zachodniej przepyszne jaśniały barwy seledynu, złota, szkarłatu, purpury w najrozmaitszych tonach i odcieniach.
Ptaki otrząsały piórka i śpiewały radośnie, gdzieś daleko w gęstwinie grzywacz-gołąb gruchał, kukułki odzywały się coraz...
Prześliczny wieczór i tak pogodnie, tak pięknie słońce się chowało, taki zapach rozkoszny po esie się rozchodził, takie tajemnicze szmery i szepty drzewa pomiędzy sobą wiodły, że można było patrzeć, i słuchać i napawać się tą pięknością bez końca.
Niebawem słońce zaszło, natomiast księżyc się na niebie ukazał, na pierwszej kwadrze księżyc, połowiczny ale jasny, i zapuścił blade swoje promienie między konary drzew, osrebrzył wodę w rowach i kałużach, pokładł blaski na wilgotnych liściach.
Podczas tej cichej nocy jechał na dwukołowej biedce pan Jankiel Gips, kapitalista-negocyant z maleńkiej mieściny. Pilno mu było, śpieszył się, dążył bowiem na jarmark, a jeszcze kilka mil drogi miał przed sobą.
Na dobrego konia bagatela to, ale szkapa Janklowa bardzo była sfatygowana i niemłoda. Jadała niewiele, a chodziła bardzo powoli i Jankiel zgadzał się na to, gdyż stratę czasu wynagradzał oszczędnością na sianie i owsie. Wyjeżdżał zwykle z domu o kilka godzin wcześniej, wracał o kilka godzin później, a gdy go powoływał nadzwyczaj pilny interes, to pomny na zasadę, że kto smaruje ten jedzie, smarował szkapinę biczem, aż sierść z niej le-