Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Stacza się istotnie, stacza i pada na twardą ziemię. Otwiera oczy z przerażeniem.
Co się dzieje, gdzie barak w lesie? gdzie własny dom? gdzie Gdańsk? gdzie cygara po trzy fenigi? gdzie majątek, gdzie kredyt, gdzie układy?
Niema nic. Jest łąka, kopica siana, blady poranek letni i Mojsie, ten pierwszy Mojsie, bez glansu, ten biedny Mojsie, który ma wprawdzie porządną familię, ale znaczy tyle co nic.
Nad nim stoją dwaj chłopi, źli, zagniewani; krzyczą, klną, mają pretensyę że Mojsie kopicę zepsuł, siano porozrzucał, grożą wójtem, sądem, wymyślają od złodziejów.
Tak się skończył słodki sen na kwiatach.
Mojsie otrząsnął się, jak kura nagle wodą oblana, wytłumaczył chłopom że złodziejem nie jest, że ani cudzych koni, ani siana kraść nie chciał, tylko że znużony wypoczynku szukał.
Powoływał się na poważne referencye, dowodził że w najbliższej wiosce zna go pachciarz, w drugiej szynkarz, że obadwaj mogą za nim poręczyć. Wreszcie na co poręczenia? On jest taka osoba, co sama za siebie ręczy, on jest Mojsie Pomeranz, pisarz leśny, idzie do Przetaczkowa, aby objąć posadę.
Opowiedział chłopom, że podczas jesieni i zimy będą mieli w lesie doskonałe zarobki, czy to z siekierą, czy z furmanką, że on, Mojsie, przez wdzięczność za taki wygodny nocleg będzie pamiętał o właścicielach tej łąki i przy pierwszej okazyi sprawi im doskonały poczęstunek.