Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

ma męża, ma dzieci, a ja nie mam żony, nie mam dzieci... i pomimo tego żyję...
— Smutne takie życie — zauważyłem.
— Może smutne, może i nie, ale dość głupie. Pracujesz, zabiegasz, zbierasz... dla kogo? po co? Trzeba ci wiedzieć, kochany panie, że ja biedny nie jestem i nie byłem. Po matce mam domek drewniany, ale intratny, bo i szynk i sklepik w nim jest, i mieszkania i warsztat w podwórku. Po ciotce spadło na mnie trochę pieniędzy, przytem sam fachowy jestem. Dopiero przed kilkoma laty zwinąłem warsztat ślusarski, bo już mi było trochę ciężko i zresztą nie potrzebuję. Gotówką obracam jak mogę i umiem, aby tylko grosz darmo nie leżał. Zresztą albo mi to dużo potrzeba? Mam gdzie mieszkać, co jeść, przyodziewku do śmierci nie zedrę, a na cygaro i na kufelek piwa niewielki wydatek... „Kuryera“ ma się rozumieć trzymam, książki z czytelni biorę i basta. Znają mnie tu wszyscy; w każdym prawie domu mam chrzestne dzieci. Ludzie bo widzisz proszą, a odmówić takiej chrześcijańskiej posługi nie wypada. Malinowskiemu najmłodszego też do chrztu trzymałem. Ładny dzieciak, teraz już podrósł, jest w terminie u powroźnika... Ładny chłopiec!...
— Zapewne! Dużo też mają dzieci?
— Malinowscy?
— Tak.
— Czworo. Eh! widzę, że za język mnie ciągniesz. Zaciekawiła cię baba... Ha! skoro koniecznie chcesz, to opowiem, ale ciekawego nic tam nie będzie. Proste to, zwyczajne rzeczy. Było temu