Strona:Klemens Junosza - Przy kominku.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— A ma się rozumieć. Otwierasz oczy szeroko i dziwisz się, bo masz krótki wzrok, a myślą nie sięgasz daleko. Wyobraź sobie, że masz żonę i kilkoro dzieci.
— Wcale nie mam, panie Telesforze.
— I ja także nie mam, ale to nic nie szkodzi; wyobraź sobie i miej w imaginacyi.
— Ano, już mam...
— To bardzo ślicznie z twojej strony... Wyobraź sobie dalej, że pracujesz w jakiem biurze, kantorze, banku...
— Jeszcze gorzej... w redakcyi...
— I do tego można się przyzwyczaić z czasem. Ale idźmy dalej. Twoje biuro jest w środku miasta. Otrzymałeś pensyę i powracasz do domu. Po spadzistości ulicy nie idziesz, nie biegniesz, ale toczysz się jak kula i nie zatrzymasz się, aż przy ognisku domowem, na łonie rodziny, obok najdroższej małżonki i kochanych dziatek. Przywitałeś żoneczkę, oddałeś jej pensyę, zjadłeś obiad — i spokojny, zadowolony, przespałeś się godzinkę. Wszak prawda?
— W imaginacyi.
— Ma się rozmieć... Wieczorem zaczyna cię licho kusić.
— No?...
— A oto poszedłbyś z przyjaciółmi do ogródka na piwo, straciłbyś parę groszy, a może i parę rubli.
— Zdarza się to...
— A widzisz. Na Tamce zaś, gdy sobie pomyślisz, jak ciężko windować się pod górę — mach-