Strona:Klemens Junosza - Przekrzyczana lira.djvu/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Miłosierdzia! to skrzypce, i dziad z wielkim nosem
Nuci mi pieśń nabożną przeraźliwym głosem...
Bądź zdrów mój poemacie, już cię nie napiszę...
Jestem zły... lecz zły strasznie, cały zemstą dyszę,
Chwytam więc drżącą ręką dwa grosze wytarte,
Zawijam je w poezji wypieszczoną kartę
I dziadowi przez okno rzucam na kamienie,
Aby się w artystycznej uspokoił wenie...
Obrzydliwa jest wdzięczność — dziad mi głową kiwa,
Za jałmużnę dziękując — jeszcze głośniej śpiéwa!
O dziadu! co mi uszy rozdzierasz na ćwierci,
Żebyś z Góry Kalwarji nie wyjrzał do śmierci!!!
.....................
Jeszcze jedno schronienie — mam jeszcze kąt jeden,
W nim chowam wiktuały — tu jest mysi Eden.
Tam one z familjami zdawien dawna siedzą
I pakę starych gazet z wielkim smakiem jedzą.
Tam pójdę. W braku okna tu lampę zapalę,
W ponurem otoczeniu duszę mą rozżalę...
W ciemnościach, czarne widma i sowy cmentarne
I nietoperzów strasznych do siebie przygarnę.
Wyzwę mnóstwo upiorów — strachów wołać będę
I ulepię okropną... straszliwą legendę...
Wszak czasem coś strasznego trzeba dać ludzkości...
Na grobie samobójcy pies ogryza kości,
A sowa, siedząc obok, huczy tak żałośnie,
Że aż się zimno robi i włos w górę rośnie...
Będzie to piękny obraz... dalej więc do dzieła...
Wiwat! śliczna sąsiadka gammy rozpoczęła...
I tak gra, i tak męczy, tak strasznie rzępoli,
Że wszystkie nerwy trzeszczą, że aż w duszy boli.
I przed tą śliczną rączką, co tak strasznie dudni,
Człowiek radby się schował w jaknajgłębszej studni.
O przestań! przestań! przyszła potężna artystko,
Bo do drzwi twych zapukam i powiem ci wszystko...
.....................
Czyli z pod mego pióra już nic nie wylézie?
Ah! napiszę satyrę, co strasznie ugryzie,
Która wszystkie dewotki, błazny i oszczerce
Ostrą szpilką uderzy zaraz w samo serce...
Co tak będzie syczała, jak głosy wężowe
Co do łez całą świata pobudzi połowę...
Co tak będzie płynęła ciągle, a powolnie,
Każdym przecinkiem draśnie, każdem słowem kolnie...
Tego szarpnie, skaleczy, temu łatkę przypnie,
Nie daruje nikomu... każdego uszczypnie...
Precz ztąd mdły atramencie! żółć w kałamarz leję!
Aż pod zgryźliwem słowem papier zzielenieje.
Drżyjcie ludzie! o drżyjcie, przed satyry biczem!....
Katarynka! i niemiec z szerokiem obliczem
Niesie małpę, co na nim jak na koniu siedzi
Niesie ją i gra walca wśród tłumu gawiedzi!!
...................
Ah dość tego! satyry, sielanki, dramaty,
Pierzchły wszystkie daleko jak ptaki spłoszone
I pozostały tylko nerwy rozstrojone,
Kałamarz, suche pióro i papieru szmaty,
Gdy uliczna muzyczka duszę rozkołysze,
Gdy sąsiadka roskoszne zacznie grać melodje,
Bądźcie zdrowe sonety, ody i parodje...
Zostańcie wiecznie w duszy, bo któż was napisze?
Do czego mogą natchnąć nieustanne krzyki...
Chyba rzucać na papier same wykrzykniki!!!