Strona:Klemens Junosza - Obrazki szare.djvu/361

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— I cóż rabin, dał się przebłagać?
— Ha? Rabin? Rabin nie potrzebował dać się przebłagać, bo on naprzód, jeszcze nim go mieli chować, nim umarł — to wiedział co będzie. On jeszcze za życia wiedział — on wszystko wiedział! A przez to, że wiedział, to nie trzeba go było długo prosić. Czy mało zrobił? on uważał, że dość! Jak go zaczęli prosić, nie powiedział ani słowa, tylko przestał czytać, a skoro tylko przestał — ziemia téż przestała się ruszać — i plac z kościołem, z ludźmi, z całém zabudowaniem, pozostał w tém miejscu jak dzisiaj stoi. No, widział pan przecie.
— A rabin?
— Rabin zawołał tego samego bachurka, co książkę przyniósł. Kazał mu, żeby ją odniósł napowrót i postawił w tém samém miejscu gdzie stała — a potém... potém rabin położył się napowrót na mary i znów nieżywy był. Ta sama moc co zatrzymała żydów w miejscu, pchnęła ich znowu naprzód żeby szli i oni szli; pochowali rabina z wielkim żalem, płaczem, lamentem... I późniéj poszli każdy do swojego domu i opowiadali dzieciom co było, a te dzieci znów, jak urosły, opowiadały swoim dzieciom, i tak to szło, szło i będzie szło, albo ja wiem dokąd będzie szło? zapewne póki się świat nie skończy.
Berek westchnął.
— Był panie czas, dalibóg ładny czas był, lu-