Strona:Klemens Junosza - Monologi.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Jedno co bata nie było — gdzieś zginął... Wyłamałem porządny kij, siadłem na furę i chciałem jechać, ale dokąd? W tem paskudnem miejscu byłem dopiero pierwszy raz w mojem życiu i nie wiedziałem, w którą stronę trzeba się obrócić. Miarkowałem sobie, że najlepiej będzie jechać wprost przed siebie, bo nawet był ślad, że kiedyś ludzie przejeżdżali tędy. Dałem dropiatemu kijem raz i drugi...
Jak skiknął, jak zaczął wierzgać, pokazywać swoje fanaberye, to myślałem, że ze mnie życie wytrzęsie po korzeniach; za kwadransik wyjechałem na szosę i dropiaty znów po swojemu łeb zwiesił i szedł jak krowa do szlachtuza. — On ma taką paskudną naturę! Już było wysoko słońce, kiedy przyjechałem, zgadnij pan gdzie? Do Rybaczków! Aj waj! pięć mil drogi od domu. Ny, ale co miałem robić? Zajechałem do znajomych żydków, kupiłem temu gałganowi wiązkę siana, napoiłem go, a potem wszedłem do izby. Tam opowiedziałem moją przygodę; żydzi kiwali głowami, wzdychali i powiedzieli bardzo mądre słowo: że człowiek nigdy nie wie, skąd na niego przyjdzie nieszczęście.
Potem oni zawołali jednego bardzo wypraktykowanego człowieka, który ma takie widzenie, że to widzi, czego żaden człowiek nie widzi, i to zna, czego żaden człowiek nie zna.