Strona:Klemens Junosza - Monologi.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Pan jest ciekawy, jakim to sposobem się zrobiło? Aj waj! aj waj!
Zna pan moją kobyłę... kasztanowata, łysa, z białą nogą, fajn kawałek bydlę, amatorska sztuka!
Ona była u mnie całe osiem lat... Możebym ją trzymał dłużej, ale kupiłem ją nie bardzo młodą i bałem się, że ona może, za pozwoleniem, sobie zdechnąć. Taka śmierć koło domu nie jest przyjemna, więc myślę sobie: niech ona komu służy...
To była bardzo dobra szkapa. Trochę włogawa, miała na oba oczy skałkę, a przez to, że dwa razy się ochwaciła, więc była krzynkę dychawiczna; zresztą bez żadnego feleru. Jedno tylko, że nie lubiła brykać, i chciawszy ujechać nią dwie mile drogi, trzeba było całkiem zniszczyć nowy bat i jeszcze kozicę połamać.
Do dnia pojechałem na jarmark.
Nie będę panu powiadał, jak jechałem, dość, że koło południa byłem już w Pantoflowie na rynku.
Oj, jarmark był! (żebym ja nigdy gorszego nie widział!) — taki ruch, taki ruch, jak dawno nie pamiętam!
Zajechałem do mojego szwagra Szmula, co ma szynk nad wodą, zaraz koło młyna; wyprzęgnąłem moją kobyłę i zaprowadziłem ją na koński rynek.