Strona:Klemens Junosza - Monologi.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Ja wiem, że oni lubią tak... i owszem, niech używają...
Ta Panama spać mi nie daje... Próbowałem nawet perski proszek, ale nie pomogło. Widocznie albo proszek zwietrzały, albo Panama za mocna. Jak ja żałuję, żem tam nie był, jak żałuję! a mogłem być, bardzo mogłem. Tak to zawsze, jak człowiek ma dużą i ładną familię, najczęściej nie zna jej całej, dopiero jak się jaki ktoś stanie sławnym, jak go wsadzą do kryminału, albo rozeszlą za nim listy gończe, człowiek dowiaduje się, że ten sławny i głośny jest mu blizki krewny... Z Hertzem Corneliuszem (on naprawdę miał na imię Kielman) byliśmy blizko skuzynowani przez jedną ciotkę, a z Artonem przez drugą ciotkę, a pana Eiffla babka i moja babka były rodzone siostry. Że ja o tem nie wiedziałem wcześniej! Przy takiej arystokracyi zostałbym sobie jak nic panamskim dyrektorem i obrabiałbym ten interes nie tak, jak oni obrabiali — po głupiemu, ale po warszawsku. Jabym im pokazał, że można żyć porządnie i handlować i majątek zrobić, a w kozie wcale nie siedzieć. Ale trudno — już się stało, Panama popsuta, akcye nic nie warte, a głównie ci, co powinni teraz w pałacach mieszkać, mieszkają na francuskim Pawiaku, albo muszą się ukrywać przed policyą, jak zwyczajni zbrodniarze... A co oni zawinili, na czem stoi ich grzech? —