Strona:Klemens Junosza - Monologi. Serya druga.djvu/142

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    bieta maślisko zafarbuje krzynkę na żółto i mają majowe.
    A młodych kartofelków. Ha! ha! dość ja po dworach nachodziłem, szukając nasienia, które najwcześniejsze. — Swiętojanków dostałem doskonałych, ale albo to im dość? Chcą młodych kartofelków zaraz z wiosny.
    I to im się robi, bo moja kobieta na każdy sposób sprawna i spekulantna. Bierze stare kartofliska, blaszaną łyżką z nich precz powykrawa maleńkie, w wodzie krzynkę wymoczy, a potem na jeden dzień zakopie w ogrodzie, żeby je ziemią czuć było i żeby się zamorusały!
    Takie młode kartofelki mają i jedzą, aż inszego i inszą żywot zaboli; potem kwękają, a ja powiadam: — Proszę państwa, juści te młode kartofle szkodzące, bo za młode; koszt duży, a na pożytek nie idzie.
    Wiadomo, że koszt musi być duży, w Warszawie ogrodniki po pół rubla za funt takiego drobiazgu biorą, to i ja nie mogę mieć krzywdy. Choć nie tyle wezmę, ale wezmę.
    Jeździć okrutnie lubią i zaraz z miejsca pytają: A czy macie konie wierzchowe, a wyjazdowe, a bryczkę?
    — A dyć powiadam, mam, a jakże, bo i sprawiedliwie dwie kobylska są do wszystkiego sposobne: pod wierzch, to pod wierzch, do wyjazdu, to do wyjazdu, a do brony, to do brony. Zwy-