Strona:Klemens Junosza - Maciej.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Niby to stary wypoczynek miał, ale prawdziwie go nie miał; niby miało mu być lżej, ale w istocie lżej nie było.
Syn go do pracy nie przynaglał, i synowa niezgorsza kobieta była, nie robiła staremu przykrości.
Czasem sama, bywało, powiada:
— Niech se ociec spoczną, niech se do kościoła pójdą, niech na swoje stare lata uważą.
Odpowiadał na to Maciej:
— Dobrze, posłucham się; dziś spocznę, bo mi jakoś po krzyżu mrówki chodzą; niech co chce będzie ostanę w chałupie.
Zapala tedy fajkę i siada przed domem.
Pali, siedzi może jakie dwa pacierze, może trzy, ale już go coś podnosi, już mu nagaduje do ucha: — A ty taki, owaki! a czy na ciebie święto, żebyś po próżności siedział? czy ty cygan, czy ty niedowiarek, żebyś oto dzień Boży marnował?! Ludzie w polu, ludzie w lesie, ludzie przy dobytku, a ty oto siadłeś sobie i siedzisz. Mało brakuje żebyś się położył i leżał...
Nie dosiedzi Maciej, nie może, bo mu wyraźnie coś gada a gada do ucha, jak żywe, jak człowiek, jak, nieprzymierzając, ksiądz na ambonie.
Więc zrywa się dziad i, według tego jaka pora na świecie, złapie sierp albo kosę i idzie w pole, albo do stodoły z cepami, albo drew urąbie, albo koło obejścia jaki porządek zrobi, byle tylko próżno nie siedzieć.
Była późna jesień.
Od dziewięciu dni mżył deszczyk, kapuśniaczek drobniutki, taki co to do kości przenika; mżył bez przerwy, ciągle, nieustannie. Drogi rozmokły, na groblach potworzyły się przzepaście, że przejechać nie sposób.
Cały świat zrobił się szary, smutny i brudny. Drzewa z liści obdarte, łąki poczerniałe, gdzie jaki dołek to kałuża. Ze strzech wciąż się leje, a w podwórkach, w ulicy, co przez wieś się ciągnie, błoto.
Gdzie tylko spojrzeć, błoto, błoto i błoto.
W taki to czas wypadło Maciejowemu synowi po sosnę do lasu pojechać. Ciężka rzecz, ale jak trzeba to trzeba.
Raniuteńko wybrali się oba z ojcem, jak tylko dzień się zrobił. Zaprzęgli woły, bo koń z takiego błota nie wyciągnie, i powlekli się po groblach.
Gawędzili sobie przez drogę o kłopotach, podatkach, o różnych gospodarskich rzeczach, i tak oto gwarząc zajechali do lasu.
Sosna dawniej już kupiona, ocechowana, stała na dogodnem miejscu, na wzgórku. Wzięli się oba do siekier ścięli ją, obrąbali wierzch, jak się należy.
Sztuka była piękna, gruba, długa, prosta, ale też i ciężka kaducznie. Ledwie że ledwie ją na wóz wpakowali.
Syn, chłop tęgi, mocny, jednak się przy tem dźwiganiu zasapał, ojciec nie pokazywał po sobie że mu ciężko, dźwigał powoli, równo, bez szarpania, jak dobry wół, gdy się tęgo nogami w ziemię weprze i pomaleńku karkiem forsuje.