Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale dla czegóżby się nie miał ożenić? — spytał Wiktor.
— Albo ja wiem, proszę wielmożnego pana. Jest jeszcze nie bardzo stary, chociaż i nie bardzo też młody, wygląda tak jak inni panowie, folwarczek ma co prawda nie duży, ale ma.
— Może nie stara się o żonę?
— Właśnie, proszę wielmożnego pana, on się tylko tem trudni. Nasz Mosiek, wielki krawiec, pierwsy na całe Bosekaczki, ma z pana Kalicińskiego całe utrzymanie. On jemu ciągle szyje ładne kamizelki, paltony, jak zwyczajnie dla kawalera i to wszystko napróżno. Ja miarkuję, że oni oba nie mają szczęścia do takich interesów.
— Jak to oba?
— Ny, tak ten co szyje paltony, jak i ten co w nich chodzi.
Ciotka rozśmiała się.
— No, mój panie Jojna — rzekła — nie każdy patrzy na garderobę, być bardzo może, że ten pan ma taki charakter niedobry, że go nikt nie chce za zięcia.
— Aj, jaki charakter? Co on ma mieć za charakter? Na co jemu charakter?
— Przecież musi być albo dobry, albo zły; albo uczciwy, albo nie.
— Ja pani co powiem. On nie jest ani dobry ani zły, ani taki ani owaki; zwyczajny sobie szlachcic z przeproszeniem, ani pachnie ani śmierdzi, albo to