Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wiedziano, że umie zręcznie zrobić świadectwo dla kradzionego konia, że w trudnej sprawie wyszuka świadków, że potrafi napisać apelacyę i wyprawować każdą rzecz, tak, że z czarnego zrobi białe — a z białego czarne.
Głowa to była, wielka głowa. Sam nawet Jojna Imbryk, człowiek, jak widzieliśmy, solidny i także w różnych interesach wypraktykowany — posyłał niekiedy po pana Mikołaja i konferował z nim godzinami całemi, zamknąwszy się w stancyi osobnej.
Zazwyczaj po takiej konferencyi, pan Mikołaj bywał przez kilka dni w doskonałym humorze, zamglone jego oczki nabierały pewnego blasku, a nos czerwienił mu się wówczas, jak dojrzewająca malina.
Powiadali o nim, (bo czegoż to o ludziach nie powiadają), że za kilka, a czasem za kilkanaście rubli, przyczyniał się do tego, że skradzione konie, same nocą powracały do stajni — że jakiś przedmiot, który był zginął, w tajemniczy sposób znajdował się na swojem miejscu — słowem, opowiadali różne, różne rzeczy — ale to były, ma się rozumieć, gawędy ludzkie, nie sprawdzone dokładnie i dowodami żadnemi nie poparte.
Nie wiele też pan Mikołaj o ludzką opinię dbał, a nawet kiedy go raz (ma się rozumieć na zasadzie fałszywego oskarżenia) do więzienia wzięto — przyjął to z filozoficznym spokojem i obojętnością.
Niewinność to ma do siebie, że jest wyższa nad wszelkie ludzkie zarzuty, kalumnie i potwarze.
Pan Mikołaj opuścił mury więzienne, dla braku