Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Obawiam się tylko, czy szanowny konsyliarz nie będzie miał co przeciwko temu.
— Cóż znowu? Przecież nie zostawię tu pana w śniegu.
Stangret, za pomocą postronka, który miał przy sobie, sanki Kalicińskiego do swoich przyczepił i obadwaj rywale pojechali ku miastu.
Kaliciński milczał, ruszając groźnie wąsami. Spodziewał się, że doktór będzie szydził z jego niefortunnego wypadku i już sobie w myśli układał ostre odpowiedzi, ale ku wielkiemu zdumieniu olbrzymiego szlachcica, mały doktór nie tylko, że nie okazywał żadnej złośliwości lub niechęci, lecz przeciwnie, był bardzo uprzejmy dla rywala.
— Czy nie stłukł się pan? — zapytał.
— Co? Ja miałbym się stłuc?
— W takiem zdarzeniu rzecz możliwa.
— Ja mam, panie dobrodzieju, kości jak z żelaza, ja nie stłukę się łatwo, ani złamię — dodał ruszając wąsami.
— To bardzo szczęśliwie, ale oto już i miasteczko. Spodziewam się, że zanim konie wytchną i trochę siana przegryzą, zechce pan spocząć u mnie i wypić szklankę herbaty, lub kieliszek wina.
— A panie konsyliarzu, zbytek grzeczności, dalibóg. Pójdę raczej do Imbryka, bo nawet mam do niego interes. Zapomniałem, doprawdy ważny, bardzo ważny interes. Nie będę panu konsyliarzowi robił subjekcyi.
— Na to nie pozwolę. Ze mną pan przyjechałeś,