Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Proszę pani, chociaż nie widzę tu nic złego, jednak wolałbym, żeby jakiś starszy, poważniejszy lekarz zobaczył pana Wiktora. Toby uspokoiło i państwa i mnie. Ja, naprzykład, jestem zdania, że byłoby bardzo dobrze wywieźć naszego chorego, na jakiś czas, na południe. Zapomniałby o tutejszych przykrościach i kłopotach — odetchnął. Przecież nie przypuszczam, żeby to miało być niemożebne. Koszta nie tak wielkie jak się zdaje, a co się tycze gospodarstwa, to ojciec mój zasługuje, jak się zdaje, na zaufanie... Panna Julia wyświadczyłaby bratu nieocenioną przysługę, gdyby go namówiła do wyjazdu.
W oczach Julci błysnęły łzy.
— Widzę, z tego co pan mówi, że Wiktorowi coś złego zagraża. A panie Janie, na miłość Boską nie trzymaj nas w niepewności, mów prawdę.
— Prawdę też powiadam. Trzeba go ratować, póki czas.
Ciotka zerwała się z krzesła.
— Tak?... tak, skoro tak, to po co namawiać, po co jeszcze debatować? Trzeba jechać, więc niech jedzie zaraz, natychmiast, nie zwłócząc. O której odchodzi najbliższy pociąg do Warszawy?
— Czy Wiktor zechce... — rzekła z powątpiewaniem Julcia.
— Co to zechce, albo nie zechce? Akurat, będzie go się kto pytał; pierwsze zdrowie, niż jakieś tam ceremonie. Julcia się wzdraga, więc ja sama mu powiem: masz jechać i basta.
— Pani dobrodziejko — wtrącił Żarski — tu nie