Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ze smutkiem. — Inteligentni ludzie krytykowali ostro jego postępowanie, ale on na to nie zważał. Ciocia, nasza poczciwa ciocia, którą oboje kochamy jak matkę, robiła mu wymówki, on puszczał je mimo uszu. Pan Żarski...
— Ojciec mój?
— Tak, tak jest, ojciec pański porzucić nas chciał. Dla czego? Czyż uchybiliśmy mu w czemkolwiek?
Doktór zmieszał się.
— Niech się pani nie dziwi. Ojciec mój, to człowiek dawnej daty, a tacy nie są wolni od uprzedzeń, mogę jednak zapewnić, że dopóki tu będzie...
— Pan Żarski nie rozstanie się z nami — odrzekła — ja go sama zatrzymam, uproszę. Ale wracam do rzeczy: to wszystko bardzo bolało Wiktora, najbardziej jednakże bolała go nieufność tych, dla których duszę by oddał.
— Nie znał ich, a może nie umiał brać się do rzeczy.
— Być może, szedł drogą prostą do celu. I co pan powiesz, w chatach, do których wstępował, przyjmowano go podejrzliwie i z nieufnością. Na zebraniach w gminie najserdeczniejsze przemówienia nie odniosły skutku; w razie szkód i kradzieży, przebaczenie i łagodność przyjmowano szyderstwem. Wzdychali, jęczeli, kłaniali mu się do ziemi, a gdy odeszli, wyśmiewali się z „głupiego“ dziedzica. Sama słyszałam niejednokrotnie rozmowy tego rodzaju. Wyobraź pan sobie, ofiarował im plac i drzewo na szkołę, nie przyjęli, a wiesz pan dlaczego, bo lękali się, że wypadnie im płacić