Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niewielka. Po kilku miesiącach uspokoiłam się zupełnie, zapomniałam i gdyby nie spotkanie wczorajsze...
— Czy on co mówił do ciebie? Opowiedz mi szczegółowo, bo dziś rano, kiedyś mnie prosiła, żebym cię odprowadzić przyszedł, nie było czasu na rozmowę. Czego on właściwie chciał od ciebie? Co go ośmieliło do wszczynania rozmowy?
— O! nie przypuszczaj tylko, że ja! Kiedy wyszłam z pracowni, była już godzina siódma, jak dziś. Zastawiając się parasolem od deszczu, usłyszałam wymówione moje imię: panno Stanisławo! panno Stanisławo! Obejrzałam się, to był on. Doznałam dziwnego wrażenia, zupełnie jak gdybym nastąpiła na węża... Spojrzałam na niego, nie odpowiadając na ukłon i szłam dalej. On dążył za mną wciąż. Mówił, że chce się usprawiedliwić, wytłómaczyć, uzyskać przebaczenie, deklamował, że bez tego przebaczenia żyć nie może, że nie jest w stanie walczyć z sobą dłużej.
— Nędzny blagier!
— Naturalnie, milczałam i przyśpieszyłam kroku. On wciąż swoje powtarzał, mówił o uczuciu, które nie wygasło w nim dotąd.
— Musiał mu ktoś powiedzieć o owej sukcesyi spodziewanej, którą się nasza mama tak słodko łudzi.
— Może być. Nareszcie, nie otrzymawszy odemnie odpowiedzi, oświadczył, że codzień będzie mnie spotykał, że będzie się znajdował zawsze na mojej drodze, aż dotąd, dopóki nie otrzyma...
— Czego?
— Przebaczenia.