Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nier do żony — dobrze się zaczyna! Panie Fichtenberg! — rzekł głośno.
— Przepraszani, Fichtencwajg! Izydor Fichtencwajg... moje nazwisko jest tu bardzo znane.
— Tedy, panie Fichtencwajg, z okazyi owych przyjacielskich usług, pozostały zapewne jakieś rachuneczki.
— Bagatelka! Myśli pan, że ja po to przyszedłem? Ja przyszedłem odwiedzić państwa, zapytać o zdrowie, po takiem ciężkiem zmartwieniu.
— Dziękujemy za pamięć, ale ponieważ właśnie mieliśmy mówić o interesach z matką, więc nie od rzeczy będzie wiedzieć ile ten rachunek wynosi?
— Bagatelka! całkiem mała rzecz.
— Ależ ile?
— Cała parada... tysiąc dwieście rubelków...
— I to pan nazywasz bagatelką!
— A jak mam inaczej nazywać?..
— Panie Fichtencwajg, za pozwoleniem. Twierdzisz pan że znałeś dawno mego nieboszczyka teścia?
— Mało dwadzieścia lat... może więcej.
— Przypuszczam tedy, że i stan jego interesów nie jest panu obcy. Zresztą wy, starozakonni, macie doskonałe wiadomości o takich rzeczach.
Fichtencwajg uśmiechnął się.
— Dla czego my mamy nie mieć doskonałych wiadomości? — zapytał — przecież to nasz fach.
— A więc powiedz mi czy oprócz pana jeszcze kto posiada rewersy ojca.
— Kto ma posiadać? Pan radca handlował tyl-