Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się tu już od dwóch dni. Zdaje mi się, że on nie znosi smutnych widoków.
— A nie! nie! mylisz się mój Czesiu. On by nas nie opuścił w takiem nieszczęściu. On przyjdzie.
— Jeżeli nie jest w teatrze — szepnął.
— Coś ty powiedział, Czesiu?
— Nic, powiedziałem tylko, że pana Kazimierza tu nie ma, a ponieważ go nie ma, więc się obejdziemy bez niego. Przecież nie sposób, żebym chodził go szukać. Zresztą myślmy przedewszystkiem o naszem nieszczęściu.
To mówiąc, wskazał ręką na pokój, w którym leżały zwłoki ojca.
— Mateczko — zapytał nieśmiało — czy ojciec nie wydał jakich rozporządzeń przed śmiercią, czy nie wyjawił swojej ostatniej woli?
— Ja nie wiem, moje dziecko, ja o niczem nie wiem, odpowiedziała z płaczem. Dopóki był zdrów, nie mówiłam z nim nigdy o tego rodzaju kwestyachT a potem, gdy zasłabł tak niespodziewanie i nagle, odrazu stracił przytomność i więcej już jej nie odzyskał. Co ja mogę wiedzieć, moje dziecko, jestem jak oszalała, jak ogłuszona tem nieszczęściem... Boże! Boże. czyż będę mogła przeżyć taki cios?
Znowu nastała chwila milczenia, przerywana wybuchami spazmatycznego płaczu.
— Mateczko — odezwał się Czesław — wartoby jednak poszukać, a przytem trzeba pieniędzy na różne wydatki. Może mateczka da trochę, ja się z każdego grosza wyliczę.