Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dziom w lesie drogę zastępuje, to też jest taki wstydliwy!
— Każdy wściekły pies ma taką skromność, jak twoja córka!
Mendel bardzo był zmartwiony tem nieszczęśliwem zdarzeniem, tracił już rozum, nie wiedział, co powiedzieć i jak się ratować. Nareszcie zajaśniała mu w głowie bardzo szczęśliwa myśl.
— Słuchajcie! — zawołał — wodę warzyć, będzie tylko woda, co mamy klektać napróżno — zróbmy zgodę!
— Zgodę? Jaka tu zgoda może być?
— Ile mam Jojnie zapłacić za ten przypadek?
Gdy Mendel powiedział to słowo, zrobiło się całkiem cicho. Jojna ruszał wargami, myśląc, ile można od Mendla wyciągnąć, inni żydzi czekali, co Jojna powie. Tymczasem Jojna nie wiedział, co powiedzieć. Taki prosty krawiec zna tylko miarę na kapotę, na interes nie ma dobrej miary. Bał się ciągnąć za dużo, bo miarkował, że Mendel może nie zechce się zgodzić; bał się też powiedzieć za mało, żeby nie był stratny. W takim wypadku najlepiej trochę poczekać i poradzić się kogo mądrzejszego. Jojna też tak myślał zrobić.
— Słuchajcie-no, Mendlu — mówił powoli i z namysłem — луу mnie znacie, że nie jestem zawzięty. Choć miałem przyczynę być bardzo na was zagniewany, ale już wszelka złość wyszła z mego serca, jak kot z pieca, i mogę z wami mówić w sposób honorowy, jak przystoi na nas, nabożnych i sprawiedliwych żydów.
— Mądre słowo! bardzo mądre słowo!
— Więc ja wam powiem tak: chociaż wielka