Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wtrącał, oburzyliby się na niego wszystkie nasze żydki w całem mieście.
Burmistrz był mądry i wiedział, że wojować z kahałem, to jest interes głupi, bo choć burmistrz ma siłę, ale kabał silniejszy od dziesięciu burmistrzów.
I to też prawda, że Mendel powiedział burmistrzowi w sposób delikatny, jak przystoi mówić do takiej osoby, — powiedział w sposób bardzo delikatny: że nie należy się mieszać do żydowskich familijnych interesów, bo na to jest ojciec i matka. Burmistrz — wiadomo, że ten burmistrz bardzo dobry był — wcale się nie sprzeczał, tylko kiwnął głową i powiedział, że Mendel ma recht. I to także prawda, bo nawet są świadki, co słyszeli, że mówił do Małki, żeby się ojcu nie sprzeciwiała, żeby została żoną Fajbusia, że taki honor powinna wysoko cenić, że jej całe miasto zazdrości.
Nawet dziwili się ludzie, zkąd burmistrzowi wziąść się mogły takie całkiem sprawiedliwe słowa.
On tak przy ludziach pięknie Małkę nauczał, tak pięknie do niej przemawiał, a co z nią gadał na osobności, tego, ma się rozumieć, nikt nie słyszał.
Chana Gołda, kiedy ludzie mówili o weselu, śmiała się.
— No, no — mówiła, — czekajcie, nie po każdych zaręczynach bywa wesele.
Wszyscy byli bardzo ciekawi wiedzieć, co te słowa znaczą, ale Chana Gołda więcej mówić nie chciała, Domyślali się tylko, że jMałka, która miała zawsze przewrócone w głowie, zrobi takiego figla, że z wesela nic nie będzie.