Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pan Bóg miłościwy i sprawiedliwy je, wielmożny panie — odpowiedział chłop, zaledwie mogąc językiem obracać. — Sprawiedliwy je, wielmożny panie, a że z krówska nie nie będzie... wola Jego święta.
— Z czego zachorowała? dlaczego nie posłaliście zaraz po weterynarza?
— Niewiadomo z czego żebym tak jasności nie oglądał... niewiadomo; stojała se, stojała, a potem wzięła się układła i tyło.
— Ale pytam cię, gapiu, dlaczego nie posłałeś po weterynarza?
— Albo to wielmożny panie witryniorz pomoże?... My zamawiali, my okadzali, my okowitę dawali.
— Komu?
— Dyć krowie, krowie dawaliśmy, wielmożny panie, naszemu bydlątkowi kochającemu — aj bydlątko, bydlątko jedyne!
— Krowie dawaliście wódkę, a ty się upiłeś. Wstydź się stary, ledwie na nogach stoisz.
— Panie wielmożny, toć ja jeszcze od Wielganocy kieluszka w garści nie miał, jeno mnie tak o pańskie bydlątko markotność rozebrała, że ledwie co żywy jestem.
— To też ruszaj do chałupy, wyśpij się i wytrzeźwij niedołęgo, później rozprawimy się z sobą.
— O wielmożny panie, Pan Bóg wszechmogący i sprawiedliwy widzi, ile ja nad tem bydlątkiem napłakał... jak nad matką rodzoną... panie kochający, sprawiedliwie!
— No idź już, bo dziś nie dogadam się z tobą.