Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ale to też nie pomogło. Tymczasem ja widziałem, że taki medycyna na nic jest, więc posłałem mego syna z biedką do miasta, żeby przywiózł czarnego Jankla...
Pan Ignacy niewiele tej relacyi słuchał i wpadł szybko do obory. Krowa dawała słabe oznaki życia.
— A łotry jedne! — krzyczał zaczerwieniony szlachcic — coście zrobili, zabiliście mi najpiękniejszą krowę!
— Co my mieli ją zabić? wielmożny panie, co my ją mieli zabić, kiedy ona jeszcze żyje; niech pan patrzy, na moje sumienie, ona jeszcze dycha, sprawiedliwie dycha. Ja wielmożnemu panu co powiem... niech się wielmożny pan nie martwi.
— Idź do dyabła!
— Za co ja mam iść do dyabła? ja dobrze radzę; zaraz przyjedzie Jankiel, przecież on znawca jest; on pierwszy rzeźnik na całą okoliczność.
— Mówię ci, idź do dyabła razem z Jankiem.
— Aj waj, jaki wielmożny pan zły, zaraz idź do dyabła; na co ja mam chodzić do niego, ja radzę, dobrze z życzliwości.
— Sześćdziesiąt rubli dałem za nią hrabiemu, jak jeden grosz — mówił sam do siebie pan Ignacy; przypominając sobie wszystkie lekarstwa dla bydła, o jakich kiedykolwiek słyszał.
Widoczne jednak było, że tu już żadne lekarstwa nie pomogą, piękna krowa kończyła swój żywot.
Uszer zaczął znowu przemawiać:
— Proszę wielmożnego pana, już z tej krowy nie będzie nic, tylko skóra i trochę mięsa; pan sobie nie