Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/276

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ja też jestem spokojny, dalibóg jestem spokojny, ale żebym tego Icka miał pod ręką, tobym mu brodę oberwał!... skórę bym z niego zdarł, bo dalibóg, to rozpacz człowieka ogarnia, gdy ma z takimi ludźmi do czynienia. Ja nie irytuję się, nie rzucam, ale tak mi w głowie szumi jak w młynie... ale co to? Petronelciu — rzekł spoglądając w okno — dlaczego wiatrak stoi? Taki wiatr dzisiaj doskonały...
— Musiał młynarz wyjechać — odrzekła pani pomieszana cokolwiek.
— O proszę tatusia! — odezwał się najmłodszy chłopaczek, który wszedł właśnie do pokoju — nasz młynarz, jak tylko tatuś pojechał do Warszawy, zaraz uciekł.
— Co? co ty mówisz! — krzyknął pan Ignacy.
— A tak, proszę tatusia, młynarz uciekł; mama kazała go gonić, ale on już był daleko.
— Petronelciu, i ty mi nic o tem nie powiedziałaś?!
— Nie chciałam cię martwić, mój Ignasiu, boć jeżeli twojem lekarstwem ma być spokój...
— Niech licho wszystkie lekarstwa porwie! młynarz za pół roku winien — a teraz szukaj wiatru w polu... Czy wiecie przynajmniej, dokąd się wyprowadził? Czy zostawił tu jakie rzeczy?
— To jest.. proszę cię, ponieważ już wszystko jedno, więc mogę ci powiedzieć. Uciekł tak pokryjomu, żeśmy dopiero na drugi dzień spostrzegli, że go niema. Poprzedniego dnia kręcili się koło wiatraka