Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


brał Wojtka do biura, a ztamtąd, pod dozorem dwóch stróżów, odesłali biedaka transportem do Pokręconej Wólki.
Szedł milcząc, nie oglądając się po za siebie, nieciekawy dokąd go prowadzą, tylko tego psa ponurego chlebem ku sobie przymanił.
Widok wioski rodzinnej, ludzi znajomych, żadnego na nim wrażenia nie zrobił... Nie poznał nikogo, słowa nie rzekł, głową nikomu nie kiwnął. Powiedział mu stryj: idź do chałupy — i on poszedł, a zastawszy tam babę niemowę, odrazu stał się jej posłuszny, tak jak przedtem strażnikom więziennym i posługaczom szpitalnym.
I cicho było w chacie na uboczu, jak w mogile; kaleka i szaleniec żyli obok siebie spokojnie, wspomagając się wzajem... Ona była głową w tem marnem gospodarstwie, on — ręką, ona — kierunkiem, on i włogawa szkapa siłą.
I zeszło tak lat kilka...
Baba setnie stara, coraz częściej, coraz uporniej w ziemię patrzyła; grzbiet zaczął się jej wyginać w kabłąk, a twarz pomarszczona, jak zeschła gruszka, nabierała takiej barwy, jak świeża skiba roli popielatki, co to nie czarna jak borowina i nie żółta jak piasek, ale taka prawdziwie ziemista...
Przyszła wiosna, a że zimą śniegi były duże, więc gdy stopniały i spłynęły, podniosła się woda w rowach, strumieniach i rzeczkach, wystąpiła z brzegów, porozlewała się po nizinach i łąkach szeroko i srebrzyła się od słońca, które ją potrosze i nieznacznie spijało...