Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nacya, jarmark, zapominają o tem wszystkiem i wolą przesiadywać nad księgami — to jest dziwno. Dziwno gdzieindziej, ale nie w Kurzychłapkach, gdzie wielka nabożność kwitnęła od wieków.
Jak miesiąc pomiędzy gwiazdami, tak wśród młodych nabożników w Kurzychłapkach jaśniał Fajbuś Mucha. Nie pochodził on ani z wielkiego, ani z bogatego rodu; nawet prawdę powiedziawszy, ojciec jego wcałe nie był osoba, tylko krawiec i to z pomiędzy biednych krawców najbiedniejszy, z pomiędzy wielkich kapcanów największy.
Nie miał stary Mucha majątku, ale miał za to Fajbusia.
Jak młody jeleń, kiedy mu się pić chce, zbiega z góry w dolinę szukać chłodnego źródła, tak Fajbuś zawsze spragniony, szukał ciągle mądrości i od poranku do późnej nocy przesiadywał nad księgą. On nie wiedział gdzie jest i co koło niego jest, nie wiedział ile kosztuje funt chleba, albo pół kwarty kaszy, nie wiedział ile dziur ma w swojej kapocie i ile lat służy mu czapka. Nic nie wiedział, ale za to w uczonych księgach był cały mechanik.
Od ciągłego siedzenia miał wypchniętą łopatkę, od ciągłego czytania całkiem kaprawe oczy, trochę się jąkał, a jak kto odezwał się do niego, to on odwracał głowę i pokazywał taką twarz, jak człowiek, który spał spaniem mocnem i któremu nagle w samo ucho krzyknęli: „Fajer!“
Śliczna, koszerna dusza! Ktoby nie chciał takiego za zięcia?!