Strona:Klemens Junosza-Pan Metr.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wtenczas, surowa zazwyczaj twarz jego, ożywiała się uśmiechem, a oczy nabierały pełnego łagodności wyrazu...
Nazywał się... a i cóż po tej wiadomości? Nazwisko poszło z nim do grobu, na który nie upadła ani jedna łza i zapomniane zostało zaraz, pogrzebane. Nie dostało się ono dzieciom, bo metr rodziny nie miał, nie zostało uwiecznione w marmurze, lub choćby na prostym kamieniu, niezapisane w żadnych pamiętnikach, chyba w księgach ludności, w regestrach szpitala, a wreszcie w kancelaryi cmentarnej.
Sukcesyi po nim także nie było, bo almawiwę, płaszcz granatowy i biedne ruchomości gospodarz za zaległe komorne sprzedał, a jedyny czarny garnitur poszedł wraz z właścicielem swoim do trumny, użyć zasłużonego spoczynku po życiu pełnem trudów i fatygi...
Wracając do nazwiska, to i za życia nieboszczyka nie było ono wymawiane bardzo często. Nazywano go zazwyczaj metrem, panem metrem i to wystarczało. Metr, to metr, wiadomo że czegoś uczy i z tego żyje, czy się nazywa tak, czy owak, to jedno; po cóż pamięć nazwiskiem obciążać, tem więcej, że nie było ono zwyczajne na ski, lub na wicz zakończone, ale cudaczne, obce, pono z tych, co pisze się inaczej, po warszawsku wymawia inaczej, a po prawdziwemu także inaczej.
Znawcy mówili, że francuskie i domyślali się,