Strona:Klemens Junosza-Nasi żydzi.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przybyło. Ta ludność do ciężkiej pracy nie przygotowana i nie zdatna, nie umiejąca zarobić uczciwie, puszcza się na drogi nieprawe, a miasteczka stają się gniazdami nędzarzy i złodziei.
Smutna to prawda, ale prawda, na którą nie należy oczu zamykać.
Lichwa wzmogła się także do niepraktykowanych przedtem rozmiarów, a nieszczęśliwe jej ofiary muszą opłacać wielki haracz swoim wyzyskiwaczom, dopóki tylko pracować są zdolne. Raz wpadłszy w ręce lichwiarzy, człowiek nieszczęśliwy, lub lekkomyślny (bo te dwie kategorye ludzi żywią dziesiątki tysięcy „kapitalistów“), już się nie wydobędzie nigdy, nigdy. Staje się koniem żydowskim i ciągnie dopóty, dopóki wyczerpany zupełnie z sił, nie padnie.
Smutne to, okropne obrazy! a przecież takie zwyczajne, powszednie!
Powiedzieliśmy na początku pracy niniejszej, że w miasteczkach już żydom jest ciasno i duszno. Nie znajdując sposobu do życia, muszą się wynosić ze swoich rodzinnych miejsc. Ci, co mają trochę grosza, uciekają do miast większych, inni próbują szczęścia w interesach, które kodeks karny przewiduje, inni wreszcie osiadają na wsiach.