Strona:Klemens Junosza-Nasi żydzi.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Od lat kilkunastu rozpowszechniły się w kraju kradzieże koni. Nie pomagają najlepsze zamki, najczujniejsze psy, ani straż nocna. Straż da się upoić wódką, narkotykiem jakim zaprawną, psy zostają otrute, zamki wyłamane. Gdy właściciel dostrzeże stratę swoją, alarmuje policyę, oraz rozpoczyna poszukiwania na własną rękę — ale najczęściej napróżno. Konie przepadają jak kamień w wodzie, na ślad nie ma sposobu natrafić.
Ludzie w okolicy domyślają się, czyja to sprawka, ale odezwać się boją z obawy zemsty, z obawy, że za wydanie w ręce władzy złodzieja, przyjdą jego towarzysze i puszczą z dymem dom i wszystkie zabudowania śmiałka, który się odważył oddać łotra policyi i sądom.
W niektórych okolicach doszło już do tego, że steroryzowana przez złodziei ludność opłaca się łotrom, aby tylko omijali stajnie.
W roku zeszłym, przed kratkami sądu okręgowego w Łomży, toczyła się przez dni kilkanaście sprawa doskonale zorganizowanej bandy złodziejskiej, która była postrachem całej okolicy. Banda składała się z kilkudziesięciu członków, a na ich czele,