Strona:Klemens Junosza-Kłusownik.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   81   —

z greckiego kalos piękny, eidos postać, sko peo patrzę; a więc razem po polsku przyrząd do patrzenia z kawałkami szkła różnokolorowego, w którym się widzi coraz inne figury) szybko przesuwali się w przybytku sprawiedliwości gminnej: Abram przeciw Wojtkowi, Jojna przeciw Maćkowi, Symcha przeciw Jacentemu. Pan sekretarz ze spiczastą bródką smarował wyroki, aż pióro trzeszczało, a chłopi z podziwieniem patrzeli na jego rękę białą, suwającą się po papierze. Raz, dwa, trzy i już człowiek osądzony... lada dzień spadnie na niego wójt z pisarzem, opisze pięknie krowę, konia, pościel, sprzeda je na licytacyi, i dobrze.
Po krótkim odpoczynku w sali narad, a właściwie w małym i dusznym alkierzyku, sąd przystąpił do rozstrzygania spraw karnych. Te nie szły tak szybko, jak cywilne; czytanie skargi, badanie obwinionego i świadków, obrony i repliki zajmowały wiele czasu, i były nużące tak, że gdyby nie tabaka obficie zażywana, ławnicy zasnęliby na dobre.
„Mateusz Sikora, oskarżony o kradzież drzewa z lasu,“ zawołał donośnym głosem pan sekretarz.
Rozpychając łokciami tłum, Mateusz wystąpił przed kratki i pokłonił się nizko.
Skarżącym był pan Barnaba, ekonom folwarku, mąż, jak się niebawem przekonamy,