Strona:Klemens Junosza-Kłusownik.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   59   —

„Mam ja i dziś właśnie do zrobienia sprawunek“ rzekła baba, a zwracając się do męża, dodała: „Zaprzęgnij-no, stary szkapę do sanek, to pojedziemy. Niema w domu soli, pieprzu też potrzeba... różności.“
Koguciński zaczął się drapać po czuprynie.
„No, czegóż stoisz? słyszysz, że soli niema w chałupie.“
„Kiedy-bo, widzisz, bez pozwolenia od leśniczego nie mógłbym pojechać.“
„To nie jedź.“
„A jakże będzie?“
„Pojadę sama z Abramem. On zmrożony, to będzie bardzo rad, że mu się okazya trafi.“
Abram zerwał się z ławki.
„Pani Kogucińska!“ zawołał „ja pani bardzo dziękuję za grzeczność, za łaskę... ale jechać z panią nie mogę.“
„Dlaczego?“
„Dlaczego? zaraz dlaczego... Nie mogę. Ja lubię bardzo chodzić na piechotę, moje nogi mają taką naturę, że jak się rozmachają, toby szły, szły, szły... choćby na sam koniec świata.“
„Abram coś kręci.“
„Wcale nie, broń Boże!... tylko ja powiem prawdę: ja zupełnie w inną stronę mam iść.“
„A dokąd?“
„Do Wólki.“
„Możemy pojechać i przez Wólkę; pół