Strona:Klejnoty poezji staropolskiej (red. Baumfeld).djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie wspominam tu próżnowania, ani
Zbytku, w którym się topim by w otchłani;
Jedni przed czasem schodzim, drudzy w sługi
Idziem przez długi.

Dasz półmisków sto, on da tyle troje,
Ty go upoisz, on woźnice twoje;
Ty dasz pachołkom kury, pan da rysie,
No stronę lisie...

Z drugich dostatku, jakoby z tłustego
Sadła, wypływa chęć jakaś do złego,
Do buntów między bracią, do niezgody;
To są ich gody...

Wzdychają z nędzy biedni służebnicy,
Miasto odźwiernych drzwi strzegą dłużnicy;
Bez miłosierdzia, ma tytuł fałszywy:
Pan miłościwy....

Więc i gdzie spojrzysz. tam pełno głowników,
Pełno lichwiarzów i jawnogrzeszników,
Nie usłyszysz nic, jedno słowo krwawe
Albo plugawe.

Zapłaty dzielność nie ma, cne nauki
Głodne boleją, też bez chleba sztuki,
Nie mają wagi ani na się względu;
W czem pełno błędu.

Sromota nasza, kochani, sromota,
Za nią w nas klęski Pan i plagi miota,
Za oną zsyła niedole i troski
Na nas gniew boski.

Błogosławieństwo Pańskie nas minęło,
Siłachmy siali, a mało się wzięło.
Nędzni grzesznicy, prze Bóg, co czynimy?
Wżdy sie ocknimy!