Strona:Kazimierz Tetmajer - W czas wojny.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Krzyś szedł walecznego Mardułę ku Janusikowi Nędzy pozwać. Zastał go siedzącego na progu domu, w którym ze starą matką mieszkał, bęsiem, nieślubnym synem, będąc.
Marduła był ponury. Posiadał on bowiem dwie pary portek, jedne nowe, drugie stare, ale się zdarzyło, że gdy wszelki dudek, jaki miał, wymijał po karczmach, poszły za dudkiem i nowe portki.
Krzyś, zauważył Marduliną gorycz i zapytał politycznie:
— O cym tak medetujes?
— He, radbyk na kściny iść.
— Kaz to? — zapytał Krzyś ciekawie.
— U Wojdyłów.
— Je coz ta Bóg nagodzieł? Hłopiec, cy dziewka?
— Dziecka niema.
Zadziwił się Krzyś.
— E jako?