Strona:Kazimierz Orłoś - Cudowna melina.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szli do piwnicy, gdzie od wczoraj leżał zabity wieprzek, załamał ręce. — Zakontraktowany był. Jakże tak?
Józik tłumaczył: — Po pijanemu wzięli świnię za dzika. U pijaków wszystko możliwe, a co pan myśli?
— Jakże tak, jakże tak? — powtarzał stróż. — Nawet nie wypatroszony porządnie. Kto mi za niego zapłaci?
— Ubezpieczenie — powiedział kierowca. — Zawiadomicie tylko oddział, że się utopił. My wam poświadczymy.
Wyszli z piwnicy na słońce. Wojtanowski stracił humor. Nie śmiał się już z Czesi, kiedy wrócili na taras. Usiadł na kamiennym murku, patrzył, jak sprzątaczka myje na klęczkach podłogę, i powtarzał: — Jakże tak, no jakże tak, ludzie!
— I co, Baśka? — dopytywał się Reniek. — I co?
— Nic. Reniu — mówiła dziewczyna. — Żaden mnie nie tknął palcem. Tylko Zośka z tym magistrem poszła. A teraz nie chce mówić. Ale ja wiem. Po oczach poznam!
Błysnęła pierwsza gwiazda i Reniek objął Baśkę mocniej. Widzieli jeszcze, jak chwasty przy kamiennych nagrobkach chwieją się na wietrze i słyszeli szum w koronach topól. W dole świeciły okna miasta. Potem osunęli się między płyty. Szybko zapadł mrok.