Strona:Kazimierz Orłoś - Cudowna melina.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


biegła w dół do jeziora. Dziewczyny z tarasu widziały teraz czarny grzbiet między leszczynami na skraju łąki.
— Mamy go, mamy! — dyszał Miedza. — Józik, Józik! — przypomniał sobie. Pobiegł ciężkim truchtem naokoło domu.
Szeląg i Muszyna pędzili świnię w dół.
Józik postawił wóz pod topolami po drugiej stronie rybaczówki. Jakiś czas czytał książeczkę z żółtym tygrysem, potem położył się na siedzeniu (nogi w półbutach o startych zelówkach wystawały przez uchylone drzwi) i zasnął. Zbudziło go silne szarpnięcie za nogawkę. Zdyszany sekretarz stał nad nim.
— Rany boskie, Józik, śpisz, a my tam... Gdzie siekiera, łom, korba?
Przestraszony Józik wyskoczył z wozu. — Co się stało? Biją?
— Migiem, migiem, migiem! — powiedział sekretarz. — Zabieraj, co masz i na brzeg! — Odwrócił się i pobiegł z powrotem.
Wieprzek zaszył się w gęste leszczyny nad wodą. Pochrząkiwał niespokojnie. Widać było czarny grzbiet w liściach i duże uszy pokryte plamkami. Muszyna i Szeląg stali obok — nauczyciel z suchą gałęzią.
— Sekretarzu — powiedział — to cudza świnia.
Miedza nie zwrócił uwagi. Chwiał się trochę.
— Teraz do wody go, chłopcy! W wodzie mu przywalimy.
— Gdyby nie ja — pochwalił się Szeląg — poszłaby w las. W ostatniej chwili zabiegłem drogę!
Czekali na Józka. Kierowca przybiegł objuczony: dźwigał siekierę, łom i żelazną korbę. Rzucił wszystko na ziemię.
— Wojtanowski nic tu nie ma. Tylko tę siekierę znalazłem w komórce.
Wojtanowski, właściciel pola z łubinem i nie otyn-