Strona:Kazimierz Orłoś - Cudowna melina.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Leluchowicz zaczął mówić o malarstwie — spytał, co Muszyna sądzi o stylu pop-art, ale redaktor nie odpowiedział. Pili kryniczankę z zielonych butelek, czasem wiatr przywiewał zapach łubinu (pole żółtych kwiatów podchodziło pod dom). Dziewczyny szeptały i chichotały cały czas. Siedziały na kamiennym murku z piaskowca okalającym kamienny taras. Józik pojechał z powrotem — miał przywieźć wódkę, piwo w skrzynkach i bigos (specjalnie zamówiony przez Miedzę w „Obywatelskiej”).
— Chwileczkę, kochany redaktorze — mówił sekretarz. — Wypijemy strzemiennego, jak kierowca wróci, i na jezioro! Zobaczycie nasze morze!
Rzeczywiście — nastrój zmienił się, kiedy wypili. Jak tylko Józik zajechał warszawą pod taras, Miedza pobiegł po wódkę. Korek wybił wracając. Wypili pod korniszony ze słoika.
— Panny, a wy co? — spytał sekretarz. — Po jednym, po jednym! Dla każdego starczy!
Dziewczyny wymawiały się, ale zaraz Szeląg i Leluchowicz wcisnęli każdej po kieliszku i stali czekając, póki nie wypiły.
Później popłynęli motorówką. Była to duża łódź z miękkimi siedzeniami, zaopatrzona w silnik „gaz”. Miedza prowadził z fantazją. Kiedy kładł łódź w ostrych zakrętach i woda podchodziła pod burtę, dziewczyny piszczały przestraszone. Na brzegu został Józik — widzieli jakiś czas czerwony dach rybaczówki, a potem był już tylko ciepły wiatr, migotanie słońca na wodzie, zielone brzegi i to długie granie świerszczy, kiedy gasł silnik. Szeląg oblewał kelnerki, Muszyna robił zdjęcia. Miedza kładł łódź na burtę i pienista smuga za rufą wyginała się w łuk.
Wypili jeszcze trochę na wodzie. Nauczyciel wziął napoczętą butelkę żytniówki. Kiedy wracali, słychać było daleko nieskładny śpiew: „Morze, nasze morze!”