Strona:Kazimierz Orłoś - Cudowna melina.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.




IX. TY NAM BŁOGOSŁAW

W niedzielę przed południem poszli do drewnianej dzielnicy. Tak nazywano część miasta poniżej kościoła i za rzeką. (Muszyna z bukietem bzu z ogrodu Lenki przyszedł przeprosić Myszkę — Turoń akurat wychodził.) Szli we trójkę — redaktor, Henryk i Małgosia (trzymała ojca za rękę). Przewodniczący mówił o drewnianych domach.
— Najpoważniejszy problem miasta. Tych ludzi trzeba jak najszybciej stąd usunąć.
W drewnianej dzielnicy rzeczywiście było ciężko mieszkać. Stare domy budowano na poziomie rzeki. Na wiosnę często piwnice zalewała woda. Ściany nasiąkały wilgocią jak papier, drewno próchniało, stropy toczył grzyb. Mieszkali tu najbiedniejsi: Czesia sprzątaczka, Franek Słomkiewicz z matką, Krzywy Stefan. Ponieważ w planach przewidziano likwidację całej dzielnicy — architekt przestał wydawać zezwolenia na remonty. Od dwóch lat domy niszczały coraz bardziej.
— To osiedle przy Projektowanej miało być dla nich — mówił Henryk. A kiedy szli przez most, dodał: — Źle, że dałem się namówić na mieszkanie w bloku. Trzeba było jednej z tych rodzin odstąpić.
Małgosia spytała: — To gdzie mieszkalibyśmy, tatusiu? Dalej u pani Wilczyńskiej w jednym pokoju?
Turoń nie odpowiedział, tylko Muszyna zaśmiał się: — Oj, Heniu, Heniu! Nawet dziecko wie lepiej, jak żyć!