Strona:Karol du Prel - Zagadka człowieka.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Ta jednak pociecha starczy nam nie na długo; pomijając bowiem wymieranie rodzajów, wogóle możemy uważać za samowolę chęć pozostania na stanowisku biologicznem. Materyalista jako badacz przyrody musi zająć stanowisko wyższe, astronomiczne: nadejdzie chwila, gdy ziemia od równika do biegunów zostanie niezamieszkaną wskutek ruchu zwrotnego izotermów, następnie zamieni się na strumień meteorytów i spadnie na słońce. Choć ludzkość sama dosięgnie wieku złotego, to zabraknie jej ziemi. To, co musi się ostatecznie kiedyś zakończyć, w każdym razie jest bezcelowem. Śmierć osobnika z punktu widzenia materyalistycznego czyni bezużytecznem całe życie przeszłe, zarówno jak przez wymarcie ludzkości staje się bezużyteczną cała historya kultury. Niepodobna w żadnym punkcie rozwoju stawiać jakiegoś celu, jeżeli w punkcie ostatecznym nie można postawić celu ostatecznego.
Wprawdzie ze stanowiska astronomicznego gra ciągle zaczyna się na nowo, gdy systemy słoneczne rozpuszczają się w mgły kosmiczne, a z tych ostatnich powstają znowu systemy słoneczne. Ale rezultaty procesów biologicznych i dziejowych zawsze są stracone. Bezcelowość nie będzie rozumniejszą przez to, że się wciąż odnawia. Niema przeto powodu do entuzyazmu nad dziejami rodzaju, którego realność nie przekracza realności osobnika. Mistrz, który ustawicznie burzy swe dzieła, nie powinien być podziwianym, lecz raczej należy do domu obłąkanych i tem więcej, im prace jego są genialniejsze. A zatem jest to czysty frazes, gdy materyalizm chce nas rozgrzać do podziwu wspaniałości przyrody; według swoich własnych przesłanek, winienby on ją raczej uważać za absurd zmateryalizowany.