Strona:Karol May - Syn niedźwiednika Cz.2.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Wystąpił problem z korektą tej strony.


— Mężny Bawół nie był z wojownikami, kiedy ścigali białych.
— Nie jest to usprawiedliwienie. Gdyby był uczciwym i odważnym człowiekiem, puściłby białych natychmiast na wolność. A wogóle nie słyszałem, aby Szoszoni wykopali tomahawk wojny. Jak w czasach pokoju, pasają swoje trzody nad rzekami Tongue i Bighorn, bywają w domach białych, a jednak Mężny Bawół napada na ludzi, którzy go nigdy nie obrazili. Kiedy więc odważny mąż oświadczy, że tylko tchórze poczynają w ten sposób, to cóż potrafi Mężny Bawół na to odpowiedzieć?
Indjanin spojrzał na białego zpodełba, znać było, że się wścieka. Mimo to głos brzmiał spokojnie:
— Może ty jesteś owym odważnym mężem? Czy masz jakie imię?
— Tak — odparł zapytany obojętnie, jakby się to samo przez się rozumiało.
— Biali mogą nosić broń i imiona, nawet, jeśli są tchórzliwi. Im kto tchórzliwszy, tem dłuższe ma imię. Znasz moje, wiesz zatem, że nie jestem tchórzem.
— W takim razie wypuść obu jeńców, a potem walcz z nimi szczerze i otwarcie.

— Odważyli się ukazać nad brzegiem Jeziora Krwi. To miejsce jest dla nas święte, gdyż błądzą tam duchy pokonanych Szoszonów. Biali jeńcy muszą umrzeć.

7