Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Rapir i tomahawk.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

 — W każdym razie trzeba spakować manatki i ładować wszystko na konie. Uciekamy do Juareza!
 — Czekajcie, wstrzymajcie się na chwilę! — zawołał Czarny Gerard. — Jeszcze tak źle nie jest. A gdyby nawet Francuzi zdobyli fort, uszanują własność prywatną, aby na tym niebezpiecznym, daleko wysuniętym posterunku nie wzburzyć przeciw sobie całej ludności. Zresztą, odsiecz jest w drodze.
 — Jaka odsiecz?
 — Juarez.
 — Sam prezydent?
 — Towarzyszy mu pięciuset Apaczów.
 — W takim razie jesteśmy uratowani.
 — Nie należy triumfować zbyt szybko. Juarez nie wie dobrze, jaką drogą ruszył nieprzyjaciel. Nie jest wykluczone, że ją zmyli. Znajdzie z pewnością ślady Francuzów, ale może nie na czas i może nie będzie ich mógł uprzedzić. W takim razie trzeba się będzie postarać o zatrzymanie wroga przed fortem, dopóki nie nadciągnie Juarez z Apaczami i nie zetrze go w proch.
 — Uważacie, że należy bronić fortu? Ale któż, na Boga, któż to uczyni? Nie mamy wojska.
 — Weźmiemy się wszyscy do obrony, i wy także, sennor Pirnero.
 Twarz dzielnego gospodarza dziwnie się wydłużyła.

 — Ja także? — zapytał przerażony. — Ja mam strzelać, zabijać ludzi? O, nie; do tego nikt mnie nie zmusi, do tego nas nie przyzwyczajano w Pirnie! Kto w Saksonji zabija Francuza, ten zostaje skazany na śmierć, lub w najlepszym razie na dożywotne więzienie. Bywa na-

    141