Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wywoływały takie ryki! Mimo to nie dał się nakłonić do skruchy, lecz stawał się jeszcze zatwardzialszym.
Rozłożyliśmy się obozem tak daleko od niego, że krzyk jego dochodził nas tylko jak oddalone wycie wichru. Tam opowiadano sobie przez resztę popołudnia, wieczór i przez całą noc. O czem, to sobie łatwo wyobrazić. Było jeszcze niejedno pytanie i niejedna zagadka, ale ten, który mógł ją rozwiązać, był na tyle dyabelskim, że odmówił nam wszelkich wyjaśnień. Chodziliśmy do niego kilkakrotnie wieczorem i w nocy, lecz za każdym razem otrzymywaliśmy przekleństwa, zamiast odpowiedzi. Nie pozwolił się nawet wodą orzeźwić, a kiedy spróbowałem to uczynić, plunął mi w twarz. Potem ryczał, wył i bluźnił przez dłuższy czas. Rano przekonaliśmy się, że już nie żył. Umarł, nie jak człowiek, lecz jak wściekły pies, najgorsze bydlę. Zresztą brak mi słów na dosadne porównanie. Old Wabble był wobec niego aniołem. Zostawiliśmy go tak, jak leżał i ułożyliśmy nad nim wzgórek z kamieni. Czy Bóg będzie miłościw jego biednej duszy?


∗             ∗

A teraz koniec, miły czytelniku! Wiem, że chciałbyś wyczerpujących wiadomości o każdej osobie. Gdybym ci je podał, pozbawiłbym się przyjemności powiedzenia ci o nich więcej w jednym z przyszłych tomów. Tylko co do Tokbeli muszę cię uspokoić. Obłąkanie jej przeszło w cichą melancholię, która pozwala jej słabo rozumieć wszystko, co ją spotyka. „Duch jej znowu jest przy niej“.
Usłyszysz także o Dicku Hammerdullu i Picie Holbersie. Ci przyjaciele są, ale czy są, czy nie są, to wszystko jedno, jeśli tylko są!


KONIEC TOMU TRZECIEGO.