Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Łaska jego nie ma początku, ani końca! Proście go, mr. Cutter, proście!
Włożył nieuszkodzoną rękę w dłoń zgruchotanej, splótł je i rzekł:
— Pomodlę się więc po raz pierwszy i ostatni w życiu. Panie Boże, byłem najgorszym ze wszystkich ludzi, grzechy moje są niezliczone, lecz żałuję za nie gorzko, a żal mój ogromem swoim przerasta te góry. Bądź dla mnie miłościw, jak moja matka i przyjmij mię w swoje ramiona!
Co za modlitwa! Ten człowiek, który nie znał żadnej szkoły i nigdy nie rozmawiał z Bogiem, modlił się teraz płynniej, niż niejeden proboszcz. Mówił cicho i często przestawał, lecz rozumieliśmy go wszyscy. Był on zły człowiek, a pod koniec życia mój wróg śmiertelny, a mimoto łzy spływały mi po policzkach, kiedy nań patrzyłem.
— Czy dobrze się poleciłem Bogu, mr. Shatterhand? — zapytał.
— Zupełnie dobrze!
— Czy Bóg spełni moją prośbę?
— Bez wątpienia.
— O, gdybym mógł usłyszeć to wyraźnie z ust waszych!
— Usłyszycie! Nie jestem wprawdzie kapłanem i nie mam na to od kościoła władzy, ale jeśli grzech tem popełnię, to Bóg ulituje się nademną. Jeśli głos, który teraz w sobie słyszę, jest prawdziwy, to osądziła was sprawiedliwość Boga, a zarazem ułaskawiło jego miłosierdzie. Odejdźcie w pokoju! Widzieliście we śnie dom swego ojca na ziemi, a teraz stoją przed wami otworem wrota Ojca niebieskiego. Grzechy wasze zostają tutaj! Żegnam was!
Wziąłem dłoń jego w swoją, a on zamknął znów oczy. Zbliżywszy swe ucho do jego ust, usłyszałem westchnienie:
— Żegnam... was...! Jest... mi teraz... tak... lekko... lekko...!