Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mr. Shatterhand!
Pochyliłem się nad nim, a on zapytał, przerywając często zdanie:
— Wy wiecie wszystko... wszystko... Czy znacie dawną... dawną pieśń... o... wieczności?
— Jaką pieśń? Jak się zaczyna?
E... ter... nity... oh... thunder... word...
— Umiem ją na pamięć.
— Odmawiajcie ją, odmawiajcie!
Spojrzałem znacząco na Old Surehanda, który był przyszedł do niego. Usiadłem obok starca i zacząłem powtarzać po angielsku słowa tej pieśni:

„Wieczności, słowo jako grom,
Mieczu, co w duszę wwierca się,
Początku ty bez końca!
Wieczności, tyś bez czasu czas,
Już może jutro albo dziś
Powołasz mię do siebie,
Serce me z przerażenia drży
A język do podniebienia lgnie“.

Tu zamilkłem. Starzec był cicho, tylko pierś poruszała mu się ciężko. Kotłowało w nim przez chwilę, poczem znowu poprosił:
— Dalej... dalej... mr. Shatterhand!

Spełniając jego wolę, mówiłem dalej:

„Jakiś ty sprawiedliwy Bóg,
Jak niedobrego karzesz mnie
Przez zasłużone bole!
Już tu mnie chwyta twoja dłoń,
Że dusi mię i zbiera lęk
W najgłębszej głębi serca.
Zębami dzwonię z wielkich mąk.
Jak musi być dopiero tam?“

Te zwrotki starodawnej i potężnej, choć tłómaczonej bez rymu pieśni, zdolne są istotnie przeniknąć aż do szpiku swem ostrzem. Old Wabble trząsł się, mimo to wezwał mnie: