Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na Llano Estaccado, że przez nieszczęśliwe zdarzenie utraciliście wiarę w Boga. Czyż nie mam prawa przypuszczać, że pragniecie, by się to nieszczęście skończyło?
— To słuszne! Wiem, że jako mój przyjaciel nie żałowalibyście trudu myśli, ażeby wrócić mi spokój, który utraciłem.
— Cóż pomogłyby wam moje myśli? Prawdziwą przyjaźń stwierdza się czynem. Jeślibyście kiedy potrzebowali takiego dowodu, nie będziecie musieli długo nań czekać.
Moja wzmianka o wysłuchaniu modłów nie była frazesem. Spotkałem się był w Kaam-Kulano z żoną guślarza, ale nie mówiłem o tem nic Old Surehandowi, nie z jakiegoś szczególnego powodu, z rozmysłu, lecz poprostu dlatego, że nie nadarzyła się do tego sposobność. Gdyby jednak był wierzącym chrześcijaninem i miał zwyczaj powierzać modłom swoje serdeczne życzenia, byłbym mu pewnie opowiedział o tej kobiecie. Takie jest moje przekonanie, gdyż wierzę w przeczucia.
Rozmowę przerwaliśmy wobec tego, że musieliśmy przeprawić się przez wodę. Była nie zbyt głęboka, a tak czysta, że widzieliśmy dno dokładnie. Zauważyliśmy ślady kopyt, lecz nie mogliśmy zbadać, ile koni przeszło, w każdym razie było ich więcej, niż cztery lub pięć. Niepodobna było również określić czasu, w którym te odciski powstały, woda bowiem miała mały spad i nie mogła ich zniszczyć w krótkim czasie. Odtąd zaczęliśmy wogóle zwracać większą uwagę na ślady po drodze, czego nie czyniliśmy w ostatnich czasach.
Niebawem wjechaliśmy w las, gdzie znowu nie mogliśmy szczegółowo rozglądać się za śladami, bo to byłoby nam za wiele czasu zabrało.
Dostaliśmy się na szczyt Pa-zawere-payew, pokryty gęstym lasem, przez którego liściasty dach przedzierał się czasem promień słońca. Był to dziewiczy bór północny, który mógł wyróść tylko w tej wysokości.