Strona:Karol May - Old Surehand 06.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pazawere, owo samotnie położone zielone jezioro, o którem tyle mówią indyańskie podania. Tam chcieliśmy przenocować, ażeby nazajutrz rano zejść do parku St. Louis, w którym spodziewałem się rozwiązania tylu zagadek.
Po wypadkach w Dolinie Niedźwiedzi, stosownie do danego słowa, puściliśmy wolno wszystkich Utajów. Mając przy sobie Old Surehanda, nie potrzebowaliśmy spieszyć się, ażeby go doścignąć, dlatego nie wyruszyliśmy z parku przed Indyanami, lecz posłaliśmy ich naprzód, zawsze bowiem lepiej mieć nieprzyjaznych ludzi przed sobą, aniżeli za sobą.
A byli oni wrogo dla nas usposobieni, chociaż nie mogli uskarżać się na nasze postępowanie z nimi. Żadnemu z nich nie spadł ani włos z głowy i żadnego nie urażono ani jednem słowem. Mimoto rzekł wódz, kiedy go nad ranem rozkrępowano:
— Old Surehand nie wyrównał jeszcze właściwie z nami rachunków. Jakież bowiem odszkodowanie dał nam za zabicie naszych dwu wojowników?
— Przyniósł wam cztery skóry! — odpowiedział Winnetou.
— My ich nie otrzymaliśmy.
— Możecie je sobie zabrać.
— Kiedy wy poobcinaliście pazury i uszy! Zresztą za skóry obiecaliśmy mu darować tylko życie, a nie wolność.
— Czy zabilibyście go, gdyby wpadł w wasze ręce?
— Tak, gdyż nie dostaliśmy skór, czyli okupu za jego życie. Między nami a nim znowu krew. Krwi jego, jeszcze zażądamy.
— Uff! Old Shatterhand i Winnetou byli zawsze przyjaciółmi czerwonych ludzi. Nie uczyniliśmy wam nic złego, chociaż byliście naszymi jeńcami, chcieliśmy nawet wypalić z wami fajkę pokoju.
— Obejdziemy się bez waszego kalumetu!
— W takim razie będziecie wrogami nie tylko Old Surehanda, lecz także naszymi i to bez żadnej przyczyny