Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy mój biały brat ma mi dać jeszcze jaki rozkaz? — zapytał mnie Enczar Ko.
— Postaraj się o to, żeby na drodze do oazy znajdowało się stale kilka straży. Oddałem Sziba Bigha murzynowi Bobowi, który ma go nie wypuszczać z domu. Ale on myśli o ucieczce. Czarny nie spuści go z oka, a młody wódz nie zdoła absolutnie ujść przez kaktusy i musi obrać jedyną drogę, wiodącą przez nie, a na niej spotka się z temi strażami.
— Co mamy zrobić, gdyby nadszedł?
— Zatrzymać go.
— A gdyby się bronił?
— W takim razie musicie użyć przemocy. Chcę go o ile możności oszczędzać, ale umknąć nie śmie w żadnym razie. Jeśli inaczej się nie da, niech raczej życie utraci. Równie surowo masz baczyć na to, żeby nie umknął żaden z Komanczów.
Potem nie było już nic do powiedzenia i odjechaliśmy w chwili właśnie, kiedy cienki sierp księżyca ukazał się na widnokręgu.
Nastąpiła jazda nocą przez rozciągającą się w świetle księżyca pustynię! Jakżeż pragnąłbym dla czytelników tych wzniosłych uczuć, które podnoszą ludzką pierś coraz to wyżej i wyżej! Tylko serce musi być wolne od troski i od wszystkiego, co mogłoby je gnębić i ściskać.
Marzyło mi się nieraz, że mogę lecieć. Ciało jest, ale bez wymiarów i bez wagi; zdaje się, że zamieniło się w nawskróś czystą duchową siłę, zdolną poruszać się swobodnie we wszystkich kierunkach i niehamowaną w przestrzeni, pozbawionej przeszkód. Tak unosiłem się nad ziemią — przelatywałem daleko poza nią, od księżyca do księżyca, z gwiazdy na gwiazdę, od jednej nieskończoności do drugiej, pełen niewysłowionej rozkoszy. Nie była to jednak rozkosz dumy z tego, że to ja pokonałem przestrzeń, lecz pokorna, pełna ufności szczęśliwość, że wszechmocna miłość niesie mnie i prowadzi coraz to dalej i dalej. Po prze-