Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tewua Szohe, Gwiazda Ognista, a ja byłem jego przyjacielem i bratem. Był to jedyny wojownik Komanczów, którego miłowałem.
Na to podniósł do połowy powieki i spojrzał mi w twarz badawczo, ale jeszcze nic nie powiedział.
— Gwiazda Ognista zginął z rąk białych morderców; serce mnie rozbolało, gdy to usłyszałem. Pomściliśmy go na mordercach, a miłość, jaką miałem dla niego, przeszła na jego syna.
Teraz już całkiem oczy otworzył, odwrócił głowę i spojrzał na mnie pełnym wzrokiem. Zachował jednak milczenie. Ja mówiłem dalej:
— Old Shatterhand miał imię, brzmiące przy wszystkich obozowych ogniskach, a Sziba Bigh był chłopcem, którego jeszcze nikt nie znał. Mimo to zajął się nim, życząc sobie, ażeby młody syn Komanczów został mężem, jak jego ojciec, łagodnym i wiernym w sercu, jasnym w głowie a silnym w pięści. Odprowadziłem cię wtenczas przez puste Llano Estacado, zaprowadziłem cię do mieszkania Bloody Foxa i byłem twoim nauczycielem przez wszystkie dni, tam przeżyte. Gdy mówiłem do ciebie, wydawał ci się głos mój, jako głos ojca — a kiedy wziąłem rękę twoją, do mojej, rozkosz jaśniała na twojej twarzy, jak gdyby ręka moja była ręką twej matki. Wówczas mnie miłowałeś.
— Uff, uff! — rzekł cicho, a oczy zaszkliły mu się wilgotnie.
— Potem napełniłem mój kalumet i paliłem z tobą fajkę pokoju i braterstwa. Ja byłem starszym bratem, a ty młodszym — gdyż obydwaj mieliśmy jednego ojca, dobrego Manitou, o którym ci opowiadałem. Pozwoliłem ci zajrzeć w moje serce i w moją wiarę, i zdawało mi się, że w twojem zasadziłem ziarno, które miało się z czasem pomnożyć w wielkie żniwo, gdyż serce twoje było ziemią urodzajną i zapowiadało tysiąckrotne owoce.
— Uff, uff, uff! — powtórzył z cicha i głosem