Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A potem zaczekamy?
— Tak.
— Na co?
— Na wynik mojej narady z Nale Masiuwem.
— Aha! Będziecie z nim rokowali?
— Oczywiście! W jakiż inny sposób mógłbym go skłonić do poddania się nam dobrowolnie?
— To dla was niebezpieczne, sir!
— Nie obawiajcie się o mnie!
— Nale Masiuw jest znany, jako człowiek sprytny i podstępny. Nie ufajcie mu zanadto, mr. Shatterhandzie!
— Podstępem nic u mnie nie wskóra, lecz zaszkodzi tylko samemu sobie, możecie mi wierzyć.
— To ładnie! A zatem niech się zaczyna. Na razie bądźcie zdrowi!
Poszedł do Apaczów, wydał im krótkie rozkazy i odjechał razem z nimi. Zwróciłem się do komendanta i zapytałem:
— Kto będzie teraz dowodził waszymi ludźmi, sir? Taniec już się zaczyna.
— Oczywiście, że ja.
— Dobrze, ale nie strzelcie mi jakiego bąka.
— To prawda, że dałem się otumanić czerwonym, ale teraz możecie być pewni, że żadnych bąków nie będzie.
— Więc posłuchajcie, co wam powiem. Pojedziemy cwałem wprost do Stu Drzew i utworzym stąd zaraz półkole, którego końce będą w jednej linii z krzakami na zewnątrz.
— Ja rozumiem. Za tymi krzakami siedzą Apacze.
— Tak. Wasi ludzie mają się z prawej i z lewej strony ściśle z nimi połączyć.
— A skoro się to stanie, co potem?
— Naszym najbliższym celem jest otoczenie Komanczów. Od ich zachowania się będzie zależało, co się potem stanie. Jeżeli zaczną strzelać, to i my to zrobimy; jeśli zaś zachowają się wyczekująco, to broni