Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To istotnie słuszne, nadzwyczaj słuszne! Byliby was zabili i oskalpowali.
— Sir, to nie tak łatwo, jak się wam zdaje.
— Jakto?
— Bylibyśmy się bronili.
— Przeciwko stu pięćdziesięciu czerwonym?
— Tak.
— Z temi strzelbami od niedzieli?
— Tak.
Powiedziałem to tak poważnie i z przekonaniem, że zerwał się znowu szalony śmiech. Old Surehand starał się zapanować nad rysami twarzy, lecz widziałem po nim, że w duchu bawił się doskonale. Kiedy śmiech ustał, mówił komendant dalej:
— To istotnie szalone. Więc bylibyście się bronili? Czy rzeczywiście?
— Naturalnie.
— W takim razie powiem wam, że ta myśl to czyste szaleństwo. Przedziurawiłoby was natychmiast sto pięćdziesiąt kul.
— Oh! Hm!
— Wierzcie, lub nie! To co wam mówię, to czysta prawda. Jak długo bawiliście nad Błękitną Wodą?
— Jeden dzień!
— A dokąd pojechaliście potem?
— Ciągle na wschód.
— Więc przez równinę?
— Tak.
— Prosto tutaj?
— Tak.
— To rzeczywiście cud, prawdziwy cud niebieski! Widzę przecież, że przybyliście tutaj cało i zupełnie bez szkody.
— Tak, jesteśmy cali i zdrowi. Cóż miałoby nam brakować?
— Co miałoby brakować? To wspaniałe, naprawdę wspaniałe. Komancze jechali także tutaj z nad Błękitnej Wody.