Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie podoba coś, co on uczyni. Bądźcie więc cicho, bo odejdziemy, a was zostawimy.
Więc to do tego zmierzało. Zostawimy was; zapamiętał to sobie. Chciał okazać surowością względem Parkera, że poczuwa się do jedności ze mną. Byłem jednak pewien, że nie wytrwa długo w tem milczeniu i że zacznie mnie interwiewować tak samo, jak to teraz Parker uczynił.
— Gdy zaczęło się ściemniać, i przyszedł czas na mnie, powstałem z ziemi i rzekłem:
— Teraz odchodzę, by poszukać Komanczów. Zostawiam wam tu moje strzelby i proszę, żeby się nikt z was nie oddalał. Czerwoni mogliby być gdzieś blizko i zobaczyć.
— Całkiem słusznie — potwierdził Old Wabble. — Przypuszczam, że niebawem nadejdą obaj Komancze, których puściliśmy wolno. Prawdopodobnie będą gdzieś blizko przechodzili tędy.
— Tędy nie, mr. Cutterze — zaoponowałem. — Oni skorzystają pewnie z położonego poniżej brodu i nadejdą z tamtej strony wody.
— Tak sądzicie?
— Tak. Dlatego też wybrałem do odpoczynku brzeg z tej strony. Tu nie mogliby nas zauważyć.
— Well. A więc chcecie odejść. Czy mogę pójść także z wami?
— Powiem wam szczerze, że wolę sam.
— Czy uważacie mnie za tak niedoświadczonego, że mógłbym wam popsuć sprawę?
— Nie, a przynajmniej nie tak dosłownie, jak wyście to powiedzieli.
— Ale przecież, do pewnego stopnia. Powiadam wam, sir, że uczyłem się podchodzenia tak samo, jak wszyscy inni. Dowiodłem wam tego wczoraj.
— Hm, ale ja was dostrzegłem.
— Nie mnie, tylko gałązkę, ponieważ się poruszyła.
— Pshaw! Na długi czas przed ucięciem tej gałązki zobaczyłem wasze oczy.